Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na kanapki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na kanapki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2013

:: 2 x kotlety ::

Listopad zaczął się słońcem, ale już na drugi dzień szczelnie przysłonił je gęstymi, szarymi chmurami z których kapał obficie deszcz. I ku mojemu zaskoczeniu czerpałam z tego jakąś taką dziwną radość i miało to dla mnie swój urok. Nostalgicznie, romantycznie, nastrojowo. Zwłaszcza jak siedzi się w domu, pod ciepłym kocem z kubkiem ciepłej herbaty obok ukochanej osoby ;-) Pewnie stąd ta magia! :-) W domu już po 16 palą się małe światełka i świeczki. Zakumplowałam się już z zimową kurtką, choć na nogach ciągle trampki. W sercu, głowie i brzuszku (tam przede wszystkim!) Wielkie Czekanie. Jestem Czekaniem na wiosnę, jestem Czekaniem na naszą córeczkę, jestem Czekaniem na śnieg...No, może najmniej na to ostatnie ;-) Jak w Fight Clubie, pamiętacie? "Jestem zimnym potem Jacka", Jestem słodką zemstą Jacka", "Jestem jelitem cienkim Jacka". 

A wracając do kotletów (jakoś bardziej odpowiada mi to słowo niż burgery...) Dzisiaj dwa przepisy. Jeden z przepisów odkopany w "jedzeniowym" folderze- na kotlety z kaszy gryczanej i pieczarek. Drugi- kotlety z kalafiora- improwizowany z powodzeniem wczoraj :-) Obydwa wegańskie, bez jajek i mąki.

Kotlety nr 1- z kaszy gryczanej i pieczarek

Składniki:
  • 2 szklanki kaszy gryczanej
  • 20-30 dkg pieczarek
  • 1 szklanka płatków/otrębów  owsianych
  • 1 cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • przyprawy: sól,majeranek, pieprz ziołowy, pieprz czarny, bazylia, gałka muszkatołowa
  • bułka tarta, olej do smażenia
Przygotowanie:

Kaszę gotujemy i odstawiamy do wystudzenia. Pieczarki podsmażamy z cebulką, odrobiną soli i majeranku, studzimy. W międzyczasie zalewamy płatki owsiane wrzątkiem, przykrywamy do napęcznienia. Kiedy wszystkie składniki przestygną, łączymy je ze sobą dodając ulubione przyprawy. Możemy lekko zblenderować. Masa musi się dobrze  kleić. Można dodać do niej odrobinę bułki tartej. W rękach formujemy małe kotleciki, obtaczamy w bułce tartej/otrębach owsianych/zarodkach pszennych-do wyboru. Smażymy z obydwu stron kilka minut.




Kotlety nr 2- kalafiorowe

Składniki:
  • 1 duży kalafior
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1 szklanka otrąb owsianych
  • uprażone na patelni pestki dyni, słonecznika, sezamu
  • 2-3 ząbki czosnku
  • przyprawy: sól, pieprz czarny, pieprz ziołowy, majeranek, gałka muszkatołowa, kumin rzymski
  • bułka tarta
  • olej do smażenia
Przygotowanie:

W przypadku tych kotletów do sklejenia nie wystarczyła jedna szklanka płatków owsianych. Być może to kwestia tego, że kalafior ma w sobie więcej wody (?). Kalafior gotujemy. Ja ugotowałam go taki prawie all dente, nie lubię kiedy warzywa są rozgotowane. Poza tym i tak potem w ruch idzie blender wiec nie ma sensu  robić z kalafiora papki. Płatki owsiane i otręby zalewamy wrzątkiem, następnie podobnie jak kalafior bardzo dobrze studzimy. Składniki łączymy ze sobą, lekko blenderujemy, dodajemy przyprawy i uprażone na patelni pestki. Masa musi być dobrze ostudzona, to bardzo ważne. Jeżeli coś nam się jeszcze nie klei, można podsypać otrąb i bułki tartej, zmodyfikować ewentualnie smak przyprawami i jeszcze raz dobrze schłodzić. Formujemy dłońmi kotleciki, obtaczamy w bułce tartej i smażymy z obydwu stron na złoty kolor.

Myślałam, że smak kalafiora nie będzie wyczuwalny, jednak miło się zaskoczyłam, bo kotlety smakowały bardzo kalafiorowo. Swoją drogą to dziwne, że jesienią cena kalafiora w moim warzywniaku jest niższa niż latem w pełni sezonu...

Podajemy z ulubionymi surówkami, zieleniną :-) Z powodzeniem można takim kotletem wypełnić kanapkę i zabrać ze sobą do pracy. Na śniadanie w pełnoziarnistej bułce w towarzystwie sałaty, pomidorka, rzodkiewek też się sprawdzą. Możliwości jest wiele.

Dla mnie listopad to miesiącem zawieszenia, ogólnego zwolnienia, nostalgii, rozmyślań, horrorów ( oglądanych oczywiście zawsze w towarzystwie ;-)  )  i...duchów ;-)  Pozwolę sobie wrzucić pewną piosenkę. Kojarzycie Belę Lugosi'ego? 









czwartek, 3 października 2013

::Piękny początek jesieni, las i dwie pasty::

Tegoroczna jesień zaczęła się pięknie. Słońce świeci naprawdę mocno, choć jego moc po lecie znacznie osłabła. Dni są jasne, podobnie jak jesienne niebo, drzewa zmieniają kolor. Ostatnio odwiedzamy las. Najpierw była wycieczka po Lesie Arkońskim, a dwa dni temu nad Głębokie. Cudownie! Nie mogłam się napatrzeć i nasłuchać. Cieszyłam skórę słońcem patrząc w niebo i zamykając oczy. Las to taka trochę inna rzeczywistość, z dala od miasta, sklepów, galerii, ludzi, pośpiechu. Naprawdę tam odpoczywam. Mała Panda w moim brzuchu pewnie też, kiedy tak ją miło kołysze podczas spacerów :-)
W radio donoszą o tym, że gdzieś tam w Polsce spadł śnieg. Brrr. Na szczęście jeszcze nie u nas i oby tak dalej!

                               


Jakiś czas temu zupełnie przez przypadek wpadłam na to, żeby do past dodawać kasze. Pewnie nie jestem super odkrywcza, ale jakoś nigdy nie przyszło mi to do głowy, aby miksować  strączkowe z kaszami.  Jako, że zostało mi trochę kaszy gryczanej z obiadu dodałam ją do cieciorki, zblenderowałam odpowiednio przyprawiając. Efekt zaskoczył podniebienie moje jak i Męża :-) Potem była jaglanka, której też nie ominęło. Pasty z dodatkiem kasz smakują naprawdę dobrze. Zwłaszcza na wycieczce w lesie, na słonecznej polanie takie kanapki to rozkosz! 



Pasta z kaszą gryczaną wyszła łagodniejsza, bardziej ziołowa, o wyczuwalnym smaku gryki, choć nie dominującym, raczej pół na pół z cieciorką. Cieciorkę z jaglanką zrobiłam o bardziej zdecydowanym, pomidorowym smaku,bardziej na ostro dzięki chilli. 



Smacznego i trzymajcie kciuki za jesienne słońce!

poniedziałek, 22 lipca 2013

::Tahina vs. hummus::

Jak dla mnie w tym pojedynku zwycięża ten drugi.
Tahinę zrobiłam z czystej ciekawości, wcześniej wiele razy zastanawiałam się nad jej smakiem. Zadbałam o to, aby cały proces tworzenia tej pasty przebiegał bez zarzutów. Głownie chodzi o to, aby nie przypalić sezamu, kiedy prażymy go na patelni. 
Efekt końcowy był ok, jednak...nie zachwycił mnie jakoś szczególnie. Smak bardzo intensywny, ciężki. Taki bardzo...hmmm...nie letni... Być może to właśnie kwestia pory roku, latem zdecydowanie mniej smakują nam potrawy tłuste i kaloryczne. Zimą takimi nie pogardzimy. Latem organizm czerpie swą moc i siły z kolorowych warzyw i owoców, lekkostrawnych posiłków, które nie są nasycone dodatkowymi kaloriami. Te są latem zbędne, bo słońce wystarczająco mocno dba o ciepłotę naszego ciała. Nie musimy mieć innych kalorycznych sprzymierzeńców, aby móc wykrzesać dla siebie dodatkowych porcji ciepła. Tak, myślę, że to kwestia pory roku i że zimą tahina smakowałaby wyśmienicie. 

Składniki:
  • 10-11 czubatych łyżek uprażonych wcześniej ziaren sezamu
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 łyżki oleju sezamowego
Przygotowanie:

Ziarna sezamu wsypujemy na sucha patelnię, nieustannie mieszając i czuwając nad postępującym ich zarumienieniem. Mają być lekko zarumienione, powinien być wyczuwalny ich zapach. Wtedy wiadomo, że już są gotowe. Przed zmieleniem musimy je dobrze wystudzić, do wystudzonych dodajemy oliwę i olej sezamowy, miksujemy na jednolitą masę. Gotowe!


Jak już wspomniałam wyżej, produkcję i konsumpcję tahiny odkładam do zimy, ALE wpadł mi do głowy pomysł, aby z niezjadalnej latem tahiny zrobić duży słoik hummusu!
Sprawdziło się! Hummus to jest to, co zdecydowanie przypadło do gustu mojemu podniebieniu. A roboty z nim wiele nie było.

Składniki:
  • tahina ;-)
  • ząbek czosnku
  • wyciśnięty sok z 1/2 cytryny
  • duża szklanka ugotowanej cieciorki
  • odrobinka soli i pieprzu
Przygotowanie:

Wszystkie składniki łączymy, aż do uzyskania jednolitej masy.Proste :-)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

:: Dwukolorowa pasta z marchewki i selera ::

Wiosna na full. Już za moment drzewa wybuchną zielenią, pojawią się pierwsze wiosenne ( a co najważniejsze-prawdziwe!) warzywa, a nie jakieś sztuczności z superhipermarketów. Wypłowiałe, szare, brzydkie miasto wybudzi się z zimowego, (za)długiego snu. Odczuwam na swoim ciele i umyśle skutki tej wyjątkowo długiej zimy. Trzeba się z tego jakoś wygrzebać, odbudować i zregenerować. Stopom nie łatwo było się przyzwyczaić do lżejszego obuwia. W końcu prawie pól roku przechodziły w ciężkich zimowych buciorach. Cudownie też jest zmienić zimowe kurtki i ciężkie płaszcze, wyjść na wiosenne słońce jak jakiś wąż ze starej skóry. Wiosna jest super, uwielbiam ją! A maj to już w ogóle poezja! :-)

Dzisiaj pasta na kanapki z marchewki i selera. Uwielbiam pasty ze strączkowych, jednak dzisiaj sięgnęłam po warzywa. I wyszło nieźle. Kolorowo i zdrowo na pewno, czyli tak jak lubię  :-) 

Składniki:
  • 3 marchewki
  • 1 seler
  • oliwa z oliwek (kilka łyżek)
  • pestki dyni, słonecznika 
  • przyprawy: 
 - warstwa marchewkowa: papryka słodka, chili, kumin, curry, czosnek mielony
 - warstwa selerowa: bazylia, majeranek, zioła prowansalskie, pieprz ziołowy


Przygotowanie:

Warzywa obieramy i myjemy. Kroimy na większe kawałki i gotujemy. Ważne jest, aby ich nie rozgotować, by pasta nie wyszła za luźna. Po ugotowaniu i ostudzeniu warzyw, oddzielnie przygotowujemy obie warstwy. Osobno blenderujemy marchewkę i seler. Zblenderowaną marchewkę doprawiamy bardziej ostrymi przyprawami, dodajemy też pestki z dyni i/lub słonecznika. Warstwa selerowa będzie łagodna, ziołowa, z odrobinka oliwy z oliwek. 
Ostrożnie nakładamy warstwami pastę do pojemnika. Smarujemy kanapki i zajadamy :-) 


Smacznego!

wtorek, 2 kwietnia 2013

:: Pieczemy pasztet! ::

Selerowo-pieczarkowy :-) Pasztet nie wymaga wielu składników, za to trzeba sobie liczyć z 3 godziny na jego przygotowanie. Jak ktoś takim czasem dysponuje, to zachęcam to ogarnięcia tego pasztetu, bo podobnie jak ja będzie nim zachwycony. Obiecuję. Pasztet robiłam drugi raz w życiu, jednak tym razem nie sama, co znacznie uprzyjemniło mi jego wykonanie :-) 
Gdybym nie wiedziała z czego jest zrobiony, nie zgadłabym. Selerowy smak nie jest wyczuwalny, nie przypomina też żadnego innego smaku. Taki trochę dziwny pasztet ;-) Przyjemnie wilgotny, ładnie rozłazi się po chlebku, miło łechce podniebienie :-) 

Składniki:
  • 1 seler (około 1 kg)
  • 400-500 dkg pieczarek
  • 2 cebule
  • 2-3 ząbki rozdrobnionego czosnku
  • 3/4 margaryny do pieczenia
  • garść granulatu sojowego 
  • bułka tarta
  • 2 kostki bulionu grzybowego
  • 3 jajka
  • przyprawy: sól, pieprz biały, majeranek, pieprz ziołowy, gałka muszkatołowa



Przygotowanie:

Seler ścieramy na grubych oczkach,dodajemy odpowiednią ilość wody, przyprawy, rozdrobniony czosnek, margarynę. Całość doprowadzamy do wrzenia, gotujemy około 1 godz na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając. Na patelni przygotowujemy pieczarki z cebulą.
Ugotowany seler dobrze studzimy, dodajemy jajka, pieczarki z cebulką, bułkę tartą. Dokładnie mieszamy. Foremkę smarujemy margaryną, obsypujemy bułką tartą, nakładamy farsz do foremki. Pieczemy w piekarniku 1,5 godziny w temperaturze 180- 190 stopni.
Oczywiście my jedliśmy go jeszcze na ciepło, czego nie polecam. Zdecydowanie lepiej smakuje zimny, najlepiej po ostudzeniu przetrzymany kilka godzin w lodówce.



Smacznego i na zdrowie!





niedziela, 3 lutego 2013

:: Lazy morning, coffee & dżem pomarańczowo-jabłkowy ::

Tydzień się kończy, luty przyszedł w niepodkutych butach. Na zewnątrz na plusie, brak śniegowej posypki. Dla mnie taki stan mógłby się utrzymać. Lubię leniwe poranki, kiedy nigdzie nie trzeba się spieszyć. Jak na przykład dzisiaj. Lubię powolnie spijaną kawę, którą wcześniej trzeba własnoręcznie zmielić. Kawę z kardamonem, czarną jak kosmiczna dziura. Z odrobinką syropu amaretto. Mmm...
A do tego dżem pomarańczowo-jabłkowy na ryżowym waflu, a raczej waflach, bo nie sposób poprzestać na jednym. Dżem robiłam wczoraj, inspirację znalazłam tutaj . W mojej wersji dodałam jabłka, cynamon i mniej pomarańczy. Wyszedł świetny, cudownie pomarańczowy, dzięki pomarańczowej skórce. Z cynamonową nutką, którą poczułam, gdy słoiczek zrobił pssst



Składniki::

  • 4 jabłka
  • 2 1/2 lub 2 duże i 1 mała pomarańcza
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • otarta skórka z 1 pomarańczy
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • łyżeczka cynamonu




Przygotowanie:

Pomarańcze rozdrobnić, pozbywając się białych części. Jabłka obrać, zetrzeć na tarce. Zetrzeć skórkę z 1 pomarańczy. Wszystko włożyć do garnka z grubym dnem, posypać 2 łyżkami trzcinowego cukru, polać sokiem z cytryny. Dżem gotujemy na bardzo małym ogniu ok. 60 min, co jakiś czas mieszając, zwłaszcza w pierwszych minutach gotowania, kiedy jeszcze całość nie zdążyła wypuścić soczku. W połowie czasu gotowania  dodajemy cynamon. Kiedy dżem jest już gotowy, wkładamy go do słoiczków. Stawiamy je wieczkiem do góry i czekamy aż wystygnie. A potem robimy pssst  i wiadomo :-)




Z podanej ilości wyszedł 1 większy i 1 mały słoiczek. Ten mały trafi dzisiaj do Osoby, która podarowała mi widoczny na zdjęciu młynek do kawy. I to po części właśnie dzięki Niej mogę celebrować leniwe poranki filiżanką cudownej kawy :-)  Dziękuję K. ! :-*

Smacznego życzę i zatrzymania się na chwilkę od czasu do czasu :-) 

wtorek, 29 stycznia 2013

::Paprykarz szczeciński inaczej::

Za oknem kapie, termometr na plusie. Tak się nijak zrobiło, szary śnieg i czarne drzewa. Jak w wierszu Świetlickiego: "(...)  Dzisiaj odwilż. /I wszystko cieknie. Wszystko cieknie. /Niszczeją wszelkie trwałe formy. /Budzi się z zimy rozedrgany ustrój."


Nie miałam dzisiaj pomysłu na obiad, za to mam dużo czasu więc postanowiłam go jakoś kulinarnie wykorzystać.Mogłam zrobić jakiś super, wypas obiad,ale jakoś tak...hmmm...dla samej siebie nie chce mi się czasami gotować jakoś bardziej wymyślnie, poza tym włączyłam tryb oszczędnościowy do 10-go. Jakoś wytrwam, he. Zwłaszcza,że w pewnym super-hiper-markecie znalazłam 50 zł! Oczywiście do tej pory po głowie chodzą  mi myśli ( i stukają wysokimi obcasami) kto zgubił banknot, czy był mu bardziej potrzebny niż mnie i czy też działał w trybie oszczędnościowym (???).No ale ogłoszenia przecież nie będę pisała, bo pewnie znalazło by się kilku chętnych ;-) Więc  znienacka i całkiem niespodziewanie stałam się nową właścicielką banknotu i tym samym miałam darmowe zakupy i jeszcze 30 zł bonusowo :-) Widocznie ta niespodzianka zarezerwowana była dzisiaj dla mnie.Kłóciła się o to nie będę.
Ale przejdę może do mojego obiadu.Tosty z paprykarzem szczecińskim według mojego przepisu, posypane kiełkami z mungo, popite kremową zupą z marchewki.Zestaw przyznam miły i sycący, może nie na obiad,ale co tam. Ważne,że zrobiło się ciepło i przyjemnie.

Składniki:
  •  100 g ryżu
  • 1 duża papryka
  • 2 marchewki
  • 2 małe lub 1 duża cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1/3 selera
  • olej
  • woda
  • przyprawy:majeranek, zioła prowansalskie,sól, pieprz ziołowy, papryka słodka, curry, pieprz czarny,curry
  • 3 łyżki koncentratu pomidorowego


Przygotowanie:

Wcześniej gotujemy ryż, dobrze jakby był zimny, kiedy będziemy go łączyć z innymi składnikami. Warzywa obieramy, myjemy. Marchewkę i seler ścieramy na tarce, cebulę i paprykę kroimy w kostkę.



Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulkę, którą posypujemy odrobiną soli, majeranku, ziołowym pieprzem,ziołami prowansalskimi. Cebulę smażymy aż zmięknie i się lekko zeszkli.Dodajemy paprykę, dusimy kilka minut, następnie wrzucamy starty seler i marchewkę, podlewamy odrobiną wody i dusimy do momentu, kiedy warzywa zrobią się miękkie. W międzyczasie dodajemy 3 zmiażdżone ząbki czosnku. Gdy wszystko jest jeszcze na patelni, dodajemy słodką paprykę, curry, pieprz czarny lub chilli.
Smażymy, dusimy,mieszamy, wąchamy i smakujemy.Ważne aby ta mikstura miała odpowiednią ilość oleju (żeby paprykarz nie był suchy), cebulki no i koncentratu.
Kiedy warzywa są już gotowe, łączymy je z wcześniej ugotowanym ryżem, mieszamy, sprawdzamy czy nam smakuje,a jak nie to dodajemy przypraw według uznania.No i 3 łyżki koncentratu. Pomidorowy smak musi być bardzo wyraźnie odczuwalny.


Kiedy połączymy już wszystkie składniki można je lekko potraktować blenderem. Ale naprawdę jedynie kilka razy, nieinwazyjnie,żeby konsystencja nie była zbyt jednolita. Całość na koniec mieszamy raz jeszcze i zostawiamy do przestudzenia- taki zimny na chlebku smakuje rewelacyjnie! (oczywiście ja jadłam jeszcze ciepły ;-) ) 


Można posypać świeżą natką pietruchy, słonecznikiem. Ja wybrałam kiełki mungo. Sporo tego wychodzi więc można się podzielić, co też zamierzam uczynić :-)

Smacznego i na zdrowie! 




piątek, 25 stycznia 2013

::Pasta ze słonecznika i ryżu::

Dzisiaj coś na kanapki. Pasta ze słonecznika i ryżu przygotowana specjalnie dla mojego Wege Męża.Słoiczek pasty pojedzie dzisiaj ze mną do stolicy :-)
Słonecznik zawiera sporo witaminy E i B6. Oprócz tego żelazo, cynk i potas więc na zdrowie na pewno nam wyjdzie :-)
Pierwszy raz miałam okazję próbować tej pasty na imieninach u Wege Faceta. Sam kazał mi ją wtedy przygotowywać,życzliwy ;-) Nie wiem jak wtedy mi to wyszło, bo zdecydowanie bardziej pamiętam leczo, które wtedy jadłam. 


Miałam już kilka wersji smakowych tej słonecznikowej pasty.Poprzez smaki indyjskie, łagodne, ostre, pomidorowe.Dzisiaj wyszła łagodna.Z dużą ilością natki świeżej pietruszki.Chyba ten wariant jest jednym z lepszych. Składniki będą podane "mniej więcej" i "na oko". Ekhem ;-)

Składniki:
  • ok.200 gr słonecznika namoczonego na noc
  • 2,3 łyżki ugotowanego ryżu, który sklei nam pastę (można dodać więcej jak ktoś lubi)
  • cebula
  • przyprawy:lubczyk, pieprz ziołowy,sól, kurkuma, curry


Przygotowanie:

Słonecznik namoczony na noc odcedzamy na sitku.Robimy to dość dokładnie, można poczekać chwilę,aby sam wysechł. Wsypujemy do miseczki, dodajemy ryż, mieszamy.Na patelni podsmażamy cebulkę.Ja posypałam ją solą,lubczykiem i ziołowym pieprzem.Kiedy będzie już złotobrązowa, dodajemy do pestek słonecznika i ryżu.Całość jeszcze raz mieszamy, jak nam mało przypraw, to doprawiamy według uznania (sypnęłam odrobinkę kurkumy i curry celem uzyskania ładnego żółtawego koloru pasty). Traktujemy blenderem do uzyskania w miarę jednolitej masy.Na samym końcu dodajemy natkę pietruszki i mieszamy już łyżką. Gotowe :-) 



Mam nadzieję,że nie tylko mnie będzie smakowało :-)

Na zdrowie!


niedziela, 20 stycznia 2013

::Pasta z bobu::

Naszła mnie ochota na pastę z bobu. Ostatnio bobową pastę miałam okazję kosztować w dniu swojego zamążpójścia. Okazały słoik przywieziony przez M. opróżnił się w mgnieniu oka. Smakowało nie tylko mnie!Nawet mniejszość mięsożerna zajadała się pastą, aż trzęsły im się uszy.

Niestety jedyne na co mogłam sobie pozwolić w okresie zimowym to mrożona paczka bobu. Zawartość jasnozielona, pomarszczona i zmarznięta ma się rozumieć. No ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi , co się ma...Nie ma to jak latem. Soczysty, chrupiący, pachnący,cudownie świeży- ten zawiera sporą ilość białka, węglowodanów, witamin: B1, B2, PP, C i prowitamniny A. Zawiera ponadto: wapń, fosfor, żelazo, magnez i karoten. No i błonnik oczywiście. Samo zdrowie. Nie wiem natomiast jak ma się sprawa z tym mrożonym...byłabym podejrzliwa w tej kwestii.



Składniki:
  • paczka mrożonego bobu/w sezonie oczywiście świeżego
  • odrobina soli
  • odrobina oleju/oliwy z oliwek
  • pieprz
  • zioła dalmatyńskie
  • lubczyk
  • czubryca
  • pieprz ziołowy
  • natka świeżej pietruszki,ulubione świeże zioła 

    Bób wsypujemy na gotującą się wodę. Kiedy zacznie wypływać na powierzchnię gotujemy jeszcze kilka minut aż zmięknie. Studzimy. Ugotowany bób traktujemy widelcem lub blenderem- z tym jest mniej roboty i konsystencja jest bardziej jednolita, niż ta uzyskana widelcem. Dodajemy olej i ulubione przyprawy.
Można podawać posypane świeżą pietruszką. Ja akurat sypnęłam sporą garstkę nasion prażonego słonecznika. That's all!